Na pierwszy rzut oka najnowsze osiągnięcia są spektakularne: Cursor ogłasza, że autonomiczny AI postawił przeglądarkę internetową, Anthropic chwali się sztucznym kompilatorem C. No XXI wiek po prostu! Szkoda jednak, że ta przeglądarka nie bardzo działa, a kompilator w praktyce kompiluje no nie wszystko.
Z jednej strony – sprytnie podprowadzone AI potrafi zbudować złożone całości, z drugiej te całości są bezużyteczne, niewydajne, wadliwe itd. itp. Jeszcze 10 lat temu pomysł, że maszyna „sama” buduje złożone oprogramowanie, choćby i niepełnosprawne, brzmiał szokująco. Dziś, po kilku latach naporu nowej fali AI, mamy większe oczekiwania.
Między ścieżką zbawienia ludzkości (czytaj: wysłania większości mózgów na wieczne bezrobocie) a prostą drogą na śmietnik (czytaj: bańka robi „slop slop slop”) jest wcale szerokie pole zupełnie rozsądnych scenariuszy i przypadków użycia. Kłopot z tym, że na tym polu rozsądku nie chcą rosnąć kosmiczne wyceny spółek AI – one potrzebują turboholistycznego nawozu hajpu: sztucznej świadomości (a zdefiniuj, czym jest świadomość, przyjacielu!) albo chociaż wycięcia całych zagonów zawodów już w tej pięciolatce. Tylko drastyczna zmiana (czyli olbrzymi skok wydajności) uzasadnia bimbaliony na giełdzie (a co dalej, kiedy taka zmiana zarżnie większość dzisiejszej klasy konsumenckiej, będziemy się martwić potem).
AI to fajne narzędzie, ale nie trzeba używać go zbyt holistycznie. Łańcuszki agentów działających zupełnie autonomicznie dziś jeszcze zbiegają w buraki, ale jeśli wstawić tam kierowcę – człowieka, to można robić rzeczy tak szybko jak nigdy. Rozpoznawać wzorce, wprowadzać dane i je analizować. Przyspieszać żmudne. Bo robienie za dużo na raz kończy się jak „zapowiedź” nowego „Misia” zrobiona w AI. Widzieliście? No właśnie.
